21
Maj
10

Bardzo dziki zachód oczami Rockstar, czyli pierwsze spojrzenie na Red Dead Redemption

No i znowu się nabrałem, znowu dałem się wciągnąć w tę ich marketingową zabawę, gdzie powoli pojawiające się recenzje mówiły jasno: Red Dead Redemption to hit i musisz go mieć już, teraz, natychmiast! Wiedziałem, że podobnie było z GTA IV i w końcu w pierwszym tygodniu skończyłem z dwiema kopiami gry (na PS3 i Xboxa 360), co wcale nie uratowało dzieła Rockstar od ostrej krytyki z mojej strony. Czy teraz będzie lepiej? Na razie to tylko pierwsze wrażenie, ale pierwsze wrażenie jest przecież najważniejsze.

Klimat! To słówko pewnie padnie jeszcze nieraz w tym tekście, ale ponieważ jest to pierwsze co tak naprawdę rzuca się w oczy w Red Dead Redemption to warto od niego zacząć. Dziki zachód, a raczej jego schyłek to przestrzeń jeszcze niewykorzystana w grach, co już samo w sobie jest sporą zaletą. Wierzcie mi, że pierwszy raz, gdy dosiadamy konia i możemy przejechać się po pustkowiach, pozwiedzać kaniony, poobserwować faunę żyjącą na tamtejszych terenach, przysiąść się do jakiegoś obozowiska czy uratować damę w opałach to czujemy się całkowicie wchłonięci przez ten świat. Nie ma niczego innego i nic więcej się nie liczy.

Inna sprawa, że pomagają w tym rewelacyjne widoki. Pod tym względem Red Dead Redemption nie zawodzi – widoczność jest po sam horyzont i nawet przy galopie nie mamy do czynienia z jakimś silnym doczytywaniem elementów, nie wyrastają one nam przed twarzą, tak jak miało to miejsce w Liberty City. Kiedy tak jedziemy przy akompaniamencie szumu wiatru i podziwiamy wysuszone trawy przemykające po zboczu to jest dokładnie to, czego spodziewałem się po Red Dead Redemption. Uczucie bycia jedynie malutkim fragmentem tamtego świata, natury.

Niestety czar pryska, gdy tylko weźmiemy udział w kilku scenach przerywnikowych. Bez urazy dla Rockstar, ale to co przechodziło ponad dwa lata temu teraz jest już raczej nie na miejscu. Tak, jak główny bohater wygląda jeszcze w porządku, tak wszystkie pozostałe postacie, ich ruchy, a szczególnie ich mimika twarzy to skala od przeciętnej do bardzo brzydkiej. Przez ten czas wyszło naprawdę sporo gier, w których stawiano na bohaterów, a tutaj ewidentnie jest to najgorszy element całego otaczającego nas świata. Drażniący może być również fakt, że część animacji jest żywcem przeniesiona z GTA IV i tak jak chód Marstona wygląda jak na kowboja przystało, tak już bieg i skok przypominają nam jak to dwa lata temu Niko szlajał się po ulicach Liberty City.

Nie mam natomiast nic do zarzucenia zachowaniu i animacji koni, które trzymają całkiem dobry poziom, choć oczywiście zdarzą się drobne większe lub mniejsze niedoróbki. Do samego sposobu jeżdżenia trzeba się przyzwyczaić, bo bez paru upadków się nie obędzie. Nie zajmuje to jednak długo, a chwilę potem możemy już pędzić w pełnym galopie i podziwiać jak bardzo rozległy teren dało nam we władanie Rockstar San Diego.

Swoje trzy grosze muszę również wtrącić na temat fabuły, bo ta na razie jest bardzo kiepsko prowadzona i początkowy etap gry może zniechęcić sporo osób, które nie przepadają za GTA IV lub uważają, że był to produkt częściowo przereklamowany (np. ja). Otwierająca scena jest wręcz bez sensu, a nawet po kilku pierwszych godzinach trudno utożsamić się z bohaterem i zrozumieć jego motywację. Przeciwnie wręcz do GTA IV, gdzie początek był bardzo intensywny i przykleił mnie na pierwsze 10 godzin do ekranu, tutaj raczej jestem skłonny powiedzieć, że dzieje się niewiele i chętniej sięgam po zadania poboczne, bawię się ze światem (a może on ze mną?) niż wybieram się, by poznać dalszy ciąg historii, której jak na razie za dużo tutaj nie ma. Na szczęście sporą zaletą jest sam fakt, że zadania wprowadzające są po prostu świeże i nie nużą jeszcze swoim schematem i oklepaniem. W końcu w ilu grach na samym początku gry wypasało się bydło, łapało dzikie konie czy patrolowało ranczo w nocy?

Jest jednak kilka elementów, które wyszły ponad oklepany schemat znany z najpopularniejszej serii Rockstar. Przede wszystkim po raz pierwszy w grze tego dewelopera jesteśmy naprawdę nagradzani za dobre sprawunki i karani za bycie złym. Odpowiadają za to paski honoru i sławy. Wykonując dobre uczynki – patrolując okolice, łapiąc bandytów, ratując damy zyskujemy punkty honoru, które przekładają się na reakcje ludzi na nas. Równie dobrze możemy działać przeciwnie do tego – napadać na szeryfów czy bezbronne osoby podróżujące szlakiem, okradać banki i pewnie wiele innych. Takie działania nie tylko wzbudzać będą grozę wśród mieszkańców, ale również spowodują, że wyznaczona zostanie nagroda za naszą głowę. Oczywiście możemy uciekać czy też zabijać kolejnych ścigających nas chętnych, ale to ostatecznie nie polepsza naszej sytuacji. Rozwiązaniem jest tutaj wpłata odpowiedniej grzywny i pozostawanie w zgodzie z prawem. Dla mnie to duża zmiana, bo w końcu nie czuję się bezkarny, jakby całe miasto należało do mnie, chociaż nie powiem kusi możliwość stania się najbardziej poszukiwanym bandytą na całym dzikim zachodzie. W końcu to właśnie o nich opowiada większość westernów.

Z innych patentów wartych wspomnienia to wprowadzono w końcu w miarę wyważony (przynajmniej na razie) system ekonomii, czyli po dwóch misjach nie stać mnie na wszystko co oferuje gra i w tym momencie człowiek zaczyna szanować swoje pieniądze, dobrze rozważając co chce najpierw zakupić. Pewnie z czasem rozpłynie się to całkowicie i będziemy super bogaci, ale póki co przynajmniej jest sens odwiedzać sklepy. Kolejną zmianą na plus są dodatkowe wyzwania, które powodują, że odzywa się w nas dusza kolekcjonera. Nie jest to nic wielkiego – mnóstwo zbierania, a to ziółka, a to polowanie na kojoty, króliki, a to odkrycie skarbu na podstawie narysowanej mapy. Wszystko to jednak możemy zrobić podczas naszych podróży na szlaku, co jest sporą zaletą, bo nie są to zadania całkowicie wydumane i często w naszym zasięgu. Nie zabrakło oczywiście dodatkowych atrakcji – w mieście pogramy w pokera, rzut podkową, podejmiemy się zadania złapania poszukiwanego  bandziora czy też pomożemy stróżom prawa. Innymi słowy – jest co robić.

Duże brawa należą się dodatkowo za systemu zapisu danych. Teraz gra nie tylko pozwala nam zapisywać postępy w specjalnych lokalizacjach, ale również na pustkowiach jak tylko rozbijemy obóz. Innymi słowy praktycznie w każdym momencie gry, gdy nie jesteśmy w walce/w trakcie misji możemy natychmiastowo zakończyć rozgrywkę. Oczywiście nie zapomniano o systemie punktów kontrolnych znanym z Episodes from Liberty City, więc teraz już każdy powinien być zadowolony. Ach, no i z obozu możemy również teleportować się do każdej większej znanej nam lokalizacji. Te drobnostki naprawdę usprawniają rozgrywkę.

Wracając jeszcze na chwilę do rzeczy czysto technicznych – gram w wersję na PS3 i na pewno zauważalne jest lekkie rozmycie obrazu, podobne do tego znanego z GTA IV, co prawdopodobnie wskazuje na niższą rozdzielczość, choć pikseli sam liczył nie będę. Mi to nie przeszkadza w odbiorze gry, a nawet odpowiada, bo nadaje to dalszemu obrazowi delikatną miękkość. Jeśli chodzi o płynność to po kilku godzinach jestem bardzo zadowolony, bo w zasadzie przez ten czas obyło się bez jakichkolwiek problemów i jest dużo lepiej niż w GTA IV. Ostrzegam jednak, że nie odwiedziłem na razie żadnego większego miasta i raczej bywam na pustawych obszarach, więc ta opinia może się jeszcze zmienić.

Wszyscy fani własnych dźwięków na pewno ucieszą się, że w Red Dead Redemption na PS3 możemy puścić swoją muzykę, choć tej z gry nic zarzucić nie mogę – jest bardzo klimatyczna. Mnie to nie interesuje, ale jako ciekawostkę dodam, że po przejrzeniu jednej ze skrzyń w bandyckiej kryjówce odblokował mi się jakiś przedmiot do wykorzystanie w Playstation Home.

Podsumowując nie mam wątpliwości, że pod pewnymi względami Red Dead Redemption wyprzedził najbardziej znaną serię Rockstar North. Największym magnesem dla mnie jest tutaj dziki zachód i to właśnie on przekonuje mnie, żebym zaraz włożył płytkę do napędu. Niestety początkowy zachwyt psuje troszkę miałka i dość sztampowo opowiadana historia, w której jak na razie nie ma żadnych interesujących postaci. Jest drętwo po prostu. Może rozwinie się z czasem w coś ciekawego (na razie licznik pokazuje 15% ukończenia gry), ale jeśli ktoś nie jest fanem stylu i sposobu prowadzenia historii w GTA to dziki zachód to może być za mało, by utrzymać go przy Red Dead Redemption. Czujcie się ostrzeżeni!

Reklamy

4 Responses to “Bardzo dziki zachód oczami Rockstar, czyli pierwsze spojrzenie na Red Dead Redemption”


  1. 1 PowerControls
    22 Maj 2010 o 09:30

    Mam bardzo podobne odczucia, zwlaszcza jesli chodzi o fabule. Zadania poboczne…. tez takie sobie. Panowie z Rockstar mogliby sie sporo nauczyc od tworcow Yakuzy.

  2. 2 Gracz
    22 Maj 2010 o 11:16

    Utwierdziłeś mnie tylko w moim przekonaniu, nie lubię sandboxów.

  3. 2 czerwca 2010 o 18:04

    Świetna gra. Jak dla mnie zdecydowanie najlepszy sandbox tej generacji. Przynajmniej na dzień dzisiejszy 😉

  4. 31 Maj 2013 o 22:53

    Wenn einem die Sonne das Hirn weg brennt, dann mu halt mit Flssigkeit nachgefllt werden und das nicht in
    der prallen Sonne ist die Reinigung eines wohnmobil reise schottland s wirklich eine schweitreibende Angelegenheit!
    Inzwischen hat es auch noch ein paar Reserven und kann 2 cm wegfrsen, das
    sollte dann auch fr den vollen Luftdruck reichen.


Comments are currently closed.

Twitter


%d blogerów lubi to: