01
Maj
10

Multishock, czyli Bioshock w wydaniu MMO

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że Bioshock 3 powstanie prędzej czy później z naciskiem na prędzej tzn. w tej generacji konsol, co dwie poprzednie części. W obliczu plotek, które pojawiły się kilka dni temu sugerujących jakoby następny Bio miał być grą MMO proponuję zastanowić się nad zasadnością takiego kroku. Nie będę ukrywał, że mam zamiar zmieszać tą koncepcję z błotem, a że uważam, że krytyka ma sens tylko w przypadku jej konstruktywnej odmiany to zaproponuję inną drogę rozwoju serii.

Zacznijmy od początku. Dlaczego Bioshock miałby wpłynąć na szerokie wody MMO i dlaczego 2K może uważać, że to dobry pomysł? Z kilku względów:

1.   Bioshock zaszedł w obecnej formule tak daleko, jak to tylko możliwe i trafił na mur. Druga część była tak dobra, jak dobra może być kontynuacja gry niemal idealnej. Mamy tu do czynienia z „problemem” bliskim Call of Duty: Modern Warfare 1 i 2, które zasadniczo nie różnią się od siebie, a jedynie rozwijają elementy poprzedniej części wedle zasady „bigger, better & more badass”. Jednych to zadowala, innych nudzi, ale 2K wie, że bez drastycznych zmian się nie obejdzie i trzeciej części może się już nie upiec, a co może być bardziej radykalne, niż zrobienie z Bio MMO?

2.   W odróżnieniu od MW w Bioshock stworzono świat i postacie wykraczające daleko poza potrzeby typowej gry z gatunku FPS. Na tym etapie spójny i ciekawy, ale w przypadku kolejnej części wymagałby rozszerzenia o kolejny konflikt, o kolejnych adwersarzy itd. Wpadlibyśmy w pułapkę ROCKY’ego, dla którego każda walka była ostatnią do czasu premiery następnej części filmu. MMO daje więc szanse 2K na nie zmarnowanie pracy włożonej w wykreowany świat, a jednocześnie zwalnia z obowiązku dopisywania kolejnego aktu z przeznaczeniem dla FPS’a.

3.   Ponieważ wszyscy inni to robią i Ci, którym się udało całkiem nieźle na tym zarabiają. Do tego gracze konsolowi są przyzwyczajeni do płacenia nie tylko za dostęp do usługi sieciowej (w przypadku XBL) to do tego posłusznie płacą za dodatki do gier, które na platformie PC są darmowe. Jestem niemal pewien, że tzw. „content patch” znany z PC-towych gier MMO (darmowy) w przypadku konsol stałby się dodatkiem sprzedawanym za np. 400-560 MSP, czyli kilka dolarów. Dodajmy do tego mikrotransakcje w stylu zbroja za 120MSP, zwiększenie punktów żywotności o 10% za 250MSP. No i nie zapomnijmy, że jest jeszcze sam abonament za dostęp do gry. Chyba nikt z Was nie myślał, że starczy opłacanie LIVE’a prawda?

4.   Przywilej pierwszego, co oznacza, że z racji, że konkurencja jest na tym polu nieobecna wszyscy szukający tego typu rozrywki, jeżeli nie wsiąknąć to chociaż sprawdzą czy oferowany produkt jest tym, na który czekali.

Chciałbym jednocześnie zaznaczyć, że nie uważam jakoby tworzenie MMO było łatwiejsze od tworzenia kolejnego FPS’a. Z pewnością o WIELE więcej pracy musi zostać włożone w stworzenie gry MMO, ale uważam jednocześnie, że ten typ gry stanowi furtkę, swego rodzaju skok w bok. Jak już wspomniałem pozwala na bazowanie na już istniejącym świecie i zwalnia z konieczności napisania kolejnej opowieści z myślą o pojedynczym graczu. Świat MMO składa się z dziesiątek, jeśli nie setek małych i krótkich historyjek, co do których poziom oczekiwań jest dużo niższy, bo i nie o nie w grze MMO się rozchodzi. Tutaj ważny jest rozwój postaci, kolekcjonowanie gadgetów i oczywiście wspólna zabawa z przyjaciółmi.

Pozwólcie, że powiem Wam, dlaczego uważam, że Bioshock MMO to zły pomysł:

1.   Rapture – miasto o konstrukcji stacji kosmicznej. Największe pomieszczenie jakie widziałem to sala teatralna na około 150 osób. Czy muszę tłumaczyć dalej? Muszę? Dobrze więc tłumaczę. Korytarze Rapture świetnie sprawdziłyby się jako labirynty do eksploracji dla grupy 4-5 osób. Widzę w tym potencjał. Tyle, że co to za MMO, w którym gramy z 3 kumplami? To FPS z trybem kooperacji. No więc, aby pozostać wiernym definicji MMO wrzucamy do tych samych korytarzy 250 osób na serwer i jaki by świat nie był rozległy zrobi się tłok. Tłok na miarę Quake’a Areny. Wszędzie będą latały kule i plazmidy. Do tego znajdzie się pięciu żartownisi, którzy zablokują kluczowy węzeł komunikacyjny, w domyśle w rejonie tzw. strefy żółtodziobów (noob zone) i będą skutecznie uniemożliwiać grę przez dwie, trzy albo i cztery godziny. Uwierzcie mi, widziałem takie rzeczy w MMO z otwartym światem, gdzie trudno było uciec przed grupą żartownisi, a co dopiero w przypadku ciasnych korytarzy Rapture? Przechodzi ochota na grę.

Ktoś powie, że można zastosować inny model, to jest jednego lub kilku bezpiecznych hubów/miast, a każde ich opuszczenie w grupie lub też solo traktować jako zamkniętą przygodę stworzoną tylko dla tej grupy ( tzw. instancje). Otwarty świat, ale personalizowany. Kłóci się to jednak z moją definicją gry MMO. Lubię spotykać innych graczy w czasie eksploracji, a instancje przyjmuję tylko jako małe obszary i uzupełnienie otwartego świata.

2.   MMO Potrzebuje konfliktu, potrzebuje walczących ze sobą frakcji, po stronie których opowiedzą się gracze. Powiecie, że sprawa jest prosta – mamy Ryana, dr Lamb i Atlasa. Zapytam więc który konflikt, który etap upadku miasta? Ryan przeciwko Atlasowi z przed upadku to raczej wojna intryg i cichych zabójstw, nie bardzo pasują do niej otwarte potyczki. Upadek Rapture, otwarta wojna? Mieliśmy próbkę tego w trybie multiplayer w Bioshock 2. Nie bez powodu nie zdobyłem 1000 na 1000 możliwych punktów w przypadku tej gry. Ryan przeciwko dr Lamb? Kolejny konflikt ideologiczny bez przełożenia na wojnę z prawdziwego zdarzenia. W związku z powyższym wykluczam również umiejscowienie gry we wczesnych latach istnienia Rapture ze względu na brak podstaw do jakiegokolwiek konfliktu, który przybrałby formę wymagająca spuszczenia komuś manta.

3.   Wymienione powyżej konflikty, których świadkami (w części) byliśmy w obu częściach Bioshocka mają tez jedną wspólną wadę – nie bardzo jest tam z kim porozmawiać. Skąd wytrzasnąć postacie niezależne, takie, które zechciałyby nam wyznaczyć jakiś cel podróży? Skąd czerpać zadania? Komu sprzedać 150 sztuk lisich ogonów? Jakoś nie mogę sobie wyobrazić osiedla splicerów, którzy wybiegają w swoich planach dalej niż kolejna działka Adama.

4.   Zakładam, że Bioshock w wydaniu MMO pozostałby FPS’em. Takie rozwiązanie ułatwia interakcję ze światem w tym względzie, że rdzeń rozgrywki już się sprawdził. Każdy posiadacz konsoli ze stażem dłuższym niż pół roku odnajdzie się w grze traktując ją w najgorszym wypadku jak trochę bardziej skomplikowaną strzelaninę. Gry MMO wymagają jednak dywersyfikacji bohaterów, to znaczy, że gracze muszą personalizować swoje postacie w sposób wykraczający poza plazmidy dostępne w pierwszej i drugiej części. Nie wątpię, że 2K jest w stanie wymyślić i setkę toników oraz plazmid, które pozwolą na stworzenie 3 archetypów postaci tj. wojownika, maga i łotra. Problem polega na tym, że liczba umiejętności, które zostaną udostępnione tym postaciom będą rosły wprost proporcjonalnie do ich poziomu, a dostęp do nich w związku z ograniczeniami pada będzie utrudniony. W MMO nie możemy pozwolić sobie na zatrzymanie rozgrywki, a ograniczenie umiejętności do 2-4-6 doprowadzi do zubożenia, z którym mamy do czynienia w trybie multiplayer w Bioshock 2. Sytuację ratują klawiatury do padów, które jednak nie są powszechne.

Jeżeli nie MMO to co? RPG z FPP! Czyli dokładnie to samo co i do tej pory, ale w odwróconych proporcjach. Więcej historii mniej bicia mordy. Nie widzę lepszego rozwiązania niż zachowanie obecnej perspektywy, ale marzy mi się zmiana rozgrywki w grę przygodową albo RPG. W tym celu należałoby umiejscowić ją w czasie z przed wojny domowej i skupić się na konflikcie Ryan kontra Atlas. Nie twierdzę, ze należy pozbyć się całkowicie strzelania, ale trzeba je ograniczyć i traktować każda potyczkę bardzo indywidualnie czyniąc z niej swego rodzaju zagadkę do rozwiązania za pomocą kombinacji plazmidów i prochu. Plazmidy i toniki dają duże pole do popisu, nie mniejsze niż to z gry DeusEx, do której kolejny Bioshock w kwestii walki powinien dążyć. Trzon rozgrywki powinny natomiast stanowić rozmowy z mieszkańcami Rapture, śledztwa, wymuszenia, knowania i oszustwa. Może niektórzy z Was pamiętają grę Call of Cthulhu – Dark Corners of The Earth? Co stoi na przeszkodzie, żeby podejść tak jak i w tym tytule do FPS’a z perspektywy detektywa? Na pewnym etapie rozgrywki moglibyśmy opowiedzieć się po jednej ze stron, tym samym poznając dwie strony medalu (pomijając już doping do ponownego ukończenia gry). Wyobrażam sobie przebieg ostatniej misji dziejącej się w sylwestra 1959 roku, kiedy to w zależności od wybranej strony konfliktu próbujemy zapobiec katastrofie albo wręcz przeciwnie chcemy ją spowodować, a wcześniejsze 20 godzin gry krok po kroku było budowaniem tego wielkiego nieuniknionego finału.

Reklamy


Twitter

  • Największym problemem w walce z Kaczyzmem jest niestety Schetyna i reszta jego przydupasów. ☹️ 23 minutes ago
  • Logika #tvpinfo 37% > 21+9+8+7+5%. 🤦‍♂️💆‍♂️ 2 days ago
  • Strasznie obrzydliwe audycje o sądach na TVP Info. Doskonale zrealizowane dla wyznawców, druga strona nie ma szans na taką ‘edukację’. 2 days ago
  • Sporo znajomych publikuje dziś foto z protestów. Też byłem. I wygląda na to, że bańka niestety mocno, kisimy się w swoim. 2 days ago
  • A poza tym, Lech zajebiście. (0:3) 1 week ago

%d blogerów lubi to: