24
Kwi
10

Weekend z PSN (After Burner Climax)

Ta gra wygląda na tak bardzo konsolową, że chyba bardziej się już nie da

Takimi właśnie słowami opisałem pokrótce After Burner Climax, przybliżając go nieco w jednym z marcowych wpisów. Wówczas bazowałem jedynie na informacjach znalezionych w sieci oraz trailerze. Już wtedy zapowiedziałem, że jest to dla mnie pewniak do zakupu w dniu premiery. Jak powiedziałem, tak uczyniłem. Zatem, co miałem na myśli wstukując przywołane w cytacie słowa? Czy zakup uważam za udany? Zapraszam do dalszej części wpisu, w której będąc mądrzejszym o kilka godzin spędzonych z grą, odpowiem na te i inne pytania.

Czym jest After Burner Climax i o co w nim… lata? Najnowszy tytuł Segi, jak przystało na sequel znanej z automatów serii jest ni mniej, ni więcej, tylko zręcznościowym do granic możliwości „shooterem z celowniczkiem”, w którym za sterami jednej z trzech licencjonowanych maszyn wzbijamy się w przestworza i beztrosko siejemy spustoszenie w rytm głośnej muzyki.  Pierwsza myśl konsolowego gracza – „coś w stylu… Ace Combat?”, ale czy jest to słuszne skojarzenie? Tak i nie. Małe „tak”, bo w gruncie rzeczy chodzi o to samo. Bardzo duże „nie”, bo jednak mechanika obydwu tytułów jest zupełnie różna. W naznaczonym nutą symulacji tytule od Namco mieliśmy dużo większe pole do manewru. Była z góry ustalona przestrzeń, po której mogliśmy swobodnie latać we wszystkich kierunkach, natomiast w nie mającym nic wspólnego z symulacją After Bunrnerze nie mamy tyle swobody. Pomimo, że otwarte przestrzenie wyglądają jakby faktycznie były otwarte, to mamy wrażenie przemieszczania się tylko w jednym kierunku, mianowicie przed siebie. Nie ma mowy o jako takim zawracaniu, czy choćby sprawdzeniu naszego położenia na radarze – tego tu po prostu nie ma i wcale nie sądzę, że być powinien. Jedyne co możemy nieznacznie skorygować to wysokość czy kierunek lotu, przy czym służy to wyłącznie omijaniu wrogich pocisków i namierzaniu nieprzyjacielskich jednostek. Są również plansze takie jak Canyon Grandeur, w których nasza swoboda ograniczona jest do całkowitego minimum, gdzie lecąc „korytarzem” musimy wręcz lawirować pomiędzy skałami.

Shooter z celownikiem? Myślę, że tak to można nazwać. Strzelanie do wszystkiego co się rusza jest motywem przewodnim w tej grze, powiem więcej – jest jedynym motywem. Do dyspozycji mamy celownik, działko maszynowe krótkiego zasięgu, rakiety samonaprowadzające i odtwarzacz mp3 dostępny z poziomu XMB. Jak to działa? Wszystko co musimy zrobić, to „najechać” celownikiem na eliminowany obiekt i posłać serię z karabinku (jeśli obiekt jest blisko) lub, co jest rozwiązaniem skuteczniejszym – serię rakiet. Przeważnie wygląda to w ten sposób, że naznaczamy nadlatujących z przeciwnej strony wrogów, wypuszczamy salwę rakiet i gwałtownie przyspieszając (spustami regulujemy siłę ciągu) wykonujemy efektowną „beczkę” celem uniknięcia pocisków wystrzelonych przez oponenta. Wszystko dzieję się naprawdę szybko i chociaż początkowo wygląda nieco chaotycznie to sprawdza się doskonale. W tym momencie należy wspomnieć o wskaźniku, po zapełnieniu którego możemy uaktywnić Climax Mode (chwilowe spowolnienie czasu, znacznie powiększony celownik i nieskończona ilość rakiet).

W co pogramy, czyli tryby gry. Było już porównanie do Ace Combat, teraz będzie do (nie)zupełnie innego tytułu, stworzonego również przez Segę, a mianowicie… OutRun Online Arcade. Tak, to nie pomyłka, bowiem tryb Arcade jest właśnie takim OutRunem w przestworzach z tą różnicą, że zamiast ścigać się z przeciwnikami musimy ich po prostu likwidować. Konkretnie mam na myśli, że podobnie do wyścigów luksusowych autek, w After Burner Climax nasze poczynania nagradzane są ocenami typu D, C, B, A, AA, AAA itd. (za ilość zestrzeleń, największe combo, czas ukończenia planszy). Na tym jednak nie koniec podobieństw. Tak samo jak w OutRunie (chociaż na mniejszą skalę) mamy możliwość obrania kilku „ścieżek” do ukończenia gry (tzw. rozwidlenia). Podstawowych, dostępnych dla wszystkich plansz jest 17. Są również ukryte poziomy, jednak by je odblokować trzeba się nieźle natrudzić (mnie ta sztuka jeszcze się nie udała). Samych zakończeń jest kilka, bodajże trzy: C, B i wymagające małpiej zręczności A (póki co – nie dla mnie). Mówiąc o trybie Arcade należy jeszcze wspomnieć o EX OPTIONS. Otóż jest to menu ustawień, w którym wraz z postępami w grze możemy włączać coraz to nowe ułatwienia, np. autofire, większą ilość creditsów, powiększony celownik rodem z Climax Mode na stałe itp. – jest tego cała masa. Dzięki temu każde kolejne podejście do Arcade skutkuje lepszym wynikiem końcowym. Ponadto dostępny jest tryb treningowy, nad którym jednak nie warto się rozwodzić – ot, wybieramy dowolną planszę, poziom trudności i… trenujemy. Na koniec zostawiłem sobie tryb, który według mnie jest głównym gwoździem programu. Mowa o Score Attack. W zasadzie jest on tym samym co Arcade, jednak na nic zdadzą się tu bonusy z EX OPTIONS (takie rzeczy tylko w Arcade Mode). Liczą się wyłącznie nasze umiejętności, a końcowy wynik idzie w świat, dzięki czemu mamy szanse na porównanie go choćby ze znajomymi z listy. Co ciekawe, w momencie powstawania tego tekstu pierwszych 10 miejsc w światowym rankingu obsadzone było – jakże by inaczej – przez Japończyków. Nawiasem mówiąc: patrząc na ich wyniki czuję się jak pilot trzeciej kategorii, jak oni to robią?

O oprawie audiowizualnej. Jest całkiem wystrzałowo. Jest kolorowo. Jest ładnie. Dużo się dzieje i co najważniejsze – jest bardzo płynnie. Co prawda biorąc pod lupę tekstury otoczenia można się skrzywić, ale nie o to przecież chodzi. W ruchu wszystko wygląda naprawdę przyzwoicie i przynajmniej jeśli o mnie chodzi – zdecydowanie wystarczająco. Smaczku dodają fajnie zrealizowane animacje początkowe (np. start z lotniskowca), końcowe czy choćby przedstawienie twórców gry (Credits). Po ich obejrzeniu aż chce się chwycić pada i latać. Jeśli chodzi o muzykę to… jakaś tam jest. Zgodnie z zapowiedziami do wyboru mamy oryginalną ścieżkę z After Burner II, jak i zupełnie nową, stworzoną na potrzeby Climax. Szczerze mówiąc żadna z nich nie zrobiła na mnie większego wrażenia, ale jak wcześniej wspomniałem, do dyspozycji mamy odtwarzacz plików mp3, więc nie ma problemu. Bardzo dobrze, gdyż nie wyobrażam sobie podniebnych wojaży bez głośnych, energicznych kawałków. Co ciekawe, w moim przypadku doskonale sprawdza się również spokojniejsza nuta (ambient), ale wiadomo – dla każdego coś innego. W każdym razie możliwość puszczenia własnej muzyki w połączeniu z miłymi dla ucha efektami dźwiękowymi robią pozytywne wrażenie.

Czas gry. Temu zagadnieniu postanowiłem poświęcić osobny akapit, gdyż może to być element decydujący za końcowym tak lub nie. Przejście trybu Arcade (zresztą Score Attack również) nie powinno nam zająć więcej niż 10-12 minut. Słownie – dziesięć krótkich, aczkolwiek bardzo intensywnych minut, nie licząc ukrytych poziomów. Tytuły czysto arcade’owe mają to do siebie, że nie grzeszą długością rozgrywki, ale taki już ich urok. W przypadku After Burner Climax sytuację ratuje nieco masa bonusów od odblokowania, a co za tym idzie chęć ponownego przejścia gry. Nie bez znaczenia jest również możliwość śrubowania wyników w Score Attack i porównywania ich ze znajomymi z listy. To właśnie do tego trybu będę wracał najczęściej, przy czym „będę” jest tu słowem-kluczem. Bo będę na pewno. Podobnie sprawa wygląda we wspomnianym wcześniej OutRunie. Pomimo, że przeszedłem go już chwilę po zakupie, co miało miejsce dokładnie rok temu to chętnie do niego wracam po dziś dzień. Dla czystej przyjemności.

Podsumowanie. Wróćmy na chwilę do cytatu przywołanego na początku tekstu. Co miałem na myśli pisząc, że After Burner Climax jest grą na wskroś konsolową? Otóż to, że w domowym zaciszu możemy doświadczyć przyjemności znanej z salonów gier. To właśnie dla tego typu rozgrywki warto mieć konsolę. Od zawsze uważałem, że gry arcade są dla konsol tym, czym dla pecetów są strategie – czyli znakiem rozpoznawczym. Opisywany tytuł jest wybitnie arcade’owy, a co za tym idzie – nie mogło go zabraknąć na dysku mojej konsoli.

Werdykt. Decydując się na zakup musisz wiedzieć czego chcesz. Jeśli tym czego chcesz jest spędzenie krótkich chwil na radosnej i efektownej sieczce przy akompaniamencie głośnej muzyki – After Burner Climax jest grą dla Ciebie, bez dwóch zdań polecam. Natomiast jeśli spodziewasz się rozbudowanego trybu kampanii okraszonego skomplikowanym sterowaniem, tudzież zróżnicowanymi misjami… no cóż, symulator to to z pewnością nie jest, więc zastanów się czego chcesz, bo możesz być srogo zawiedziony.

Reklamy

2 Responses to “Weekend z PSN (After Burner Climax)”


  1. 1 ethnoe
    24 kwietnia 2010 o 23:12

    A jak według Ciebie wygląda relacja cena/jakość? Ile to w ogóle kosztuje?

  2. 2 Mariusz Stępień
    24 kwietnia 2010 o 23:32

    U nas kosztuje 36zł (osobiście nabyłem w US za $9.99). Wg mnie jakość jest jak najbardziej zadowalająca, ale ja wiedziałem czego chcę decydując się na zakup i własnie to dostałem 🙂 Poza tym trudno mi narzekać na cenę, bo przecież i tak większość nowych gier z PSN kosztuje te 36 zeta… wiadomo, że chciałoby się taniej, ale cóż poradzić, taki standard. W każdym razie nie żałuję wydanych pieniędzy.


Comments are currently closed.

%d blogerów lubi to: