07
Kwi
10

I jeszcze jeden, i jeszcze raz!

Czasem bywa tak, że włączam sobie gierkę. Po prostu. Nie za skomplikowaną, najlepiej kolorową i taką powiedziałbym… lekkostrawną. Istotne, by cała akcja rozgrywała się na ekranie, a nie w mojej głowie – nie mam ochoty wnikać w zasady, kto jest kim, co i gdzie, jak i po co. Mam ochotę zrelaksować się po całym dniu pracy. No więc włączam sobie takiego odstresowywacza z zamiarem rozegrania kilku partyjek i gram. Minuty uciekają jak przez palce, a ja dalej gram. Późno się robi, ja gram nadal, a przecież rano trzeba wstać. Jak trzeba to trzeba, zatem koniec tego dobrego – myślę sobie. No właśnie… myślę sobie, robię sobie…

Oto najistotniejszy punkt w tej krótkiej historyjce. Któż z nas nie miewa takich momentów podczas konsolowych posiedzeń – już odkładamy pada, już wyłączamy konsolę, ale to „już” potrafi trwać w nieskończoność. Jakaś wewnętrzna siła sprawia, że podejmujemy jeszcze jedną próbę. Jeszcze jeden raz przechodzimy planszę, zaliczamy jeszcze jedno okrążenie, rozgrywamy jeszcze jeden meczyk i… jeszcze jeden. Po krótkiej – wydawać by się mogło – chwili, łapiemy się na tym, że mieliśmy skończyć dobrą godzinę temu. Bo w sumie mieliśmy, ale… może jeszcze jedna rundka, tym razem „już na pewno” ostatnia?

Tak, na pewno… Ostatnio takich definitywnie ostatnich rundek miałem chyba – żeby nie przesadzić – ze czterdzieści pod rząd i to w zasadzie skłoniło mnie do napisania tego tekstu. Wówczas złym kusicielem okazał się być Shatter, ale jak sięgnę pamięcią – podobnych gier jest przecież niemało. Podobnych nie w sensie rodzaju rozgrywki, tylko podobnie wciągających i pochłaniających czas wbrew naszej świadomości, na zasadzie „jeszcze jednego razu”.

Wspomniałem już o Shatterze, więc to głównie jemu poświęcę uwagę, a właściwie jednemu z trzech trybów dostępnych w grze. Mowa o genialnym w swojej prostocie Bonus Mode. Jego zasady są na tyle banalne, że nie bardzo wiem jak je streścić, zbytnio ich przy tym nie komplikując. Wobec tego proponuję obejrzeć krótki filmik przedstawiający omawiany tryb:

Jak widać cała rozgrywka sprowadza się do odbijania trzech kulek, przy czym ich liczba zależy od naszego refleksu i co tu dużo mówić – wraz z upływem czasu coraz bardziej również od szczęścia. Poziom skomplikowania bliski zeru – wzrok skupiony na ekranie i kciuk na krzyżaku. Nic ponadto. Ze świeczką szukać przystępniejszej mini-gierki w całym PlayStation Network. W sam raz, by przysiąść na niezobowiązującą chwilę (inna sprawa, że chwila lubi trwać…), pyknąć kilka partyjek. Ze świeczką szukać również kogoś, kto zagra raz i na tym poprzestanie, bowiem Arkanoid na sterydach wraz ze swoim Bonus Mode jest rasowym przedstawicielem gatunku z metką efekt jeszcze jednej próby.  Wciąga i to bardzo. Dziwna sprawa, bo gra nie wyróżnia się przecież intrygującą fabułą. Na próżno doszukiwać się w niej jakiejś głębi, a do tego najzwyczajniej w świecie powiela dawno już sprawdzony schemat. Może zatem diabeł tkwi w elemencie zwanym współzawodnictwo? Mój ostatni kontakt z grą, o którym wcześniej wspomniałem zakończył się zdeklasowaniem znajomych z listy. Nic to, że pucharek żaden nie wpadł. Pierwsze miejsce na „lokalnej” tablicy wyników w pełni mnie satysfakcjonuje. Tak było kiedyś, przed wymyśleniem wirtualnych precjozów, tak jest i dziś.

Gra kosztuje przysłowiowe grosze (22 zł), wygląda całkiem przyzwoicie i brzmi mało rzec przyzwoicie  – ścieżka dźwiękowa jest po prostu fantastyczna. Shatter świetnie się sprawdza jako odstresowywacz – typowa mała gierka na chwilę relaksu (powtarzam po raz kolejny – chwila lubi trwać…). Dodatkowo, zważywszy na fakt, że od niedawna mówi się o dodatku, który między innymi ma wnieść element współzawodnictwa na jeszcze wyższy poziom (multiplayer) – nie pozostaje mi nic innego jak polecić ten tytuł wszystkim tym, którym jest on obcy, a szukają czegoś „na chwilkę” (hmm… albo nie, nie będę się powtarzał).

Jak zaznaczyłem na początku, gier charakteryzujących się efektem jeszcze jednej próby jest więcej. Daleko nie trzeba szukać, wystarczy przeczytać ostatni odcinek Weekendu z PSN, w którym Emiel zalicza tę cechę na plus innej małej, ale jakże wciągającej gierce – Peggle. To samo co w przypadku klonu Arkanoida – banalna mechanika, prostota ponad wszystko, a pochłania jak narkotyk.

Zapewne każdy ma w swojej biblioteczce tytuły, do których wraca co jakiś czas. Do moich oprócz Shattera zalicza się między innymi – żeby nie było, że gram tylko w popierdółki z PSN – seria Pro Evolution Soccer. Nie potrafię wymienić pozycji bardziej grywalnej od piłeczki Konami. Stary, dobry ISS towarzyszy mi dzielnie po dziś dzień, odkąd zadebiutował na pierwszą konsolę Sony i już chyba nigdy mnie nie znudzi. Wielu zarzuca mu brak rozwoju, że zatrzymał się gdzieś w poprzedniej generacji, przekornie wskazując na konkurencyjny tytuł. Ja natomiast – zamiast dostrzegać wady – skupiam się na tym, co urzekło mnie 12 lat temu. Na tym, bez czego nawet najpiękniejsza i technicznie doskonała gra nie wzbudzi mojej sympatii. Mowa o tak zwanej grywalności. Grywalności, która w przypadku Pro Evo objawia się chęcią rozegrania jeszcze jednego meczu. I jeszcze jednego. Niejednokrotnie łapałem się na tym siedząc ze znajomymi przed telewizorem z padem w dłoniach. Niby mieliśmy już dość, niby piwo się kończyło, ale do rozegrania kolejnego spotkania chętnych jakoś nie brakowało. To właśnie jest grywalność. To właśnie ona sprawia, że wracamy do ulubionej gry, choćby na chwilkę…

PS. Shatter dostępny jest również na komputery PC.

Advertisements

15 Responses to “I jeszcze jeden, i jeszcze raz!”


  1. 1 Beniamin Durski
    7 kwietnia 2010 o 22:15

    Bonus Mode to powinien być główny tryb w Shatter. Story Mode odpaliłem raz czy dwa, ale często w wolnej chwili odstresowuję się przy tych trzech pseudopiłeczkach. To jeden z lepszych moich zakupów na PSNie.

  2. 2 odasda
    7 kwietnia 2010 o 22:20

    ale nudy

  3. 3 ethnoe
    7 kwietnia 2010 o 22:44

    Miły art o nieuchwytnej, mitycznej grywalności.. +1 dla autora 🙂 chociaż jakaś lepiej zaznaczona puenta by się przydała.

  4. 4 KuFeL
    7 kwietnia 2010 o 23:49

    ja na tej samej zasadzie ostatnio relaksuje się przy Digger HD. Z tą tylko różnicą że oprócz różnych tablic wyników są też pucharki 🙂

  5. 8 kwietnia 2010 o 00:53

    ja nie potrafię spędzić nad popierdółkami więcej, jak 1,5 godziny. Luminki, samochodówki czy bijatyki (sorry za nazywanie tego popierdółkami, ale ogólnie mi chodzi o mało absorbujące gry bez fabuły), Peggle czy Bejeweled – po chwili czuję, że marnuję czas. Potrafię za to cały dzień przesiedzieć przed jRPGami – Finale, KH, SMT i Persony (chociaż na mniejszą skalę, bo szybko nużą), leżę przed telewizorem i gram i gram i gram… Wczoraj kupiłem Finala 13, mam już naliczone 18 godzin gry. To akurat odchył od normy, ale takie gry są w stanie przykuć do telewizora na dłużej, niż klocuszki, puzzle i diamenciki.

  6. 8 kwietnia 2010 o 07:46

    no i kupilem.
    8.200.000 jak na razie.
    faktycznie Bonus Mode powinien byc glownym trybem gry 😉

  7. 7 Mariusz Stępień
    8 kwietnia 2010 o 09:26

    Już miałem napisać, że chyba trochę przesadzacie z tym głównym trybem, ale jak tak pomyślę, że gierkę mam prawie od roku i jeszcze nawet jej nie przeszedłem… No ale warto pograć w Story chociażby ze względu na soundtrack (w Amethyst Caverns nuta mistrz!). Szkoda, że nie dali tego soundtracka do Bonus Mode, wtedy nie miałbym wątpliwości, który tryb jest tym głównym 😉

  8. 8 abc
    8 kwietnia 2010 o 19:56

    G. GTA IV
    R. nie wiem
    Y. CoD4
    W. GoW III
    A. nie wiem
    L. Aliens vs Predator
    N. nie wiem
    O. Pop Cap
    Ś. siakiś artykuł
    Ć. j/w.

    grywalny artykuł :). Kto powie logo czyjej gry ukrywa się pod R i N?

  9. 9 Mariusz Stępień
    8 kwietnia 2010 o 20:06

    hehe, chociaż jeden zwrócił uwagę 🙂

    „Ś” i „Ć” nie pochodzą z gier (czyli w sumie dobrze trafiłeś). „N” też nie (z TV dla odmiany, znany program). Reszta się zgadza (no może poza poza częścią GTA).

    „R” i „A” wydają mi się bardzo proste (bo wiem 😉 )

  10. 10 Beniamin Durski
    8 kwietnia 2010 o 23:02

    A jest bardzo proste, bo ma kawałek koszulki pewnej dziennikarki z całkiem niedawno wydanej gry…

  11. 11 SimonX
    9 kwietnia 2010 o 09:04

    shatetra mam od dawna, ale bonus mode nie uruchamiałem do wczoraj… no i spóźniłem się dzisiaj do roboty 🙂 faktycznie krótko trwająca rozgrywka zachęca do ponownego spróbowania i poprawienia wyniku
    i tak tez robilem do 0:30 wczroaj, az w koncu musialem przestac, bo od godziny powinienem juz grzecznie spac
    zrobilem bodajze 7100000 (albo 8100000) juz dokladnie nie pamietam
    nie rozumiem tylko dlaczego na tablicy wynikow jestem pod osoba ktora ma wynik o 100tys mniejszy

  12. 12 Mariusz Stępień
    9 kwietnia 2010 o 11:52

    No Emiel widać, że wie co za tytuł kryje się pod literką „A”, ale „R” pozostanie już chyba niewyjaśnioną tajemnicą (w sumie najtrudniejsze do odgadnięcia, bo nie pochodzi z okładki gry (ta gra nie ma okładki, ale okładkę ma coś z tej gry, no i w logo samej gry jest taka sama czcionka ;-).

    @SimonX: scoreboard ostatnio jest jakiś zamulony, tzn. jak ustawiam filtr „Friends” to albo muszę czekać ze 3 minuty na załadowanie wyników, albo w ogóle nic się nie wyświetla (filtr ogólny i ten z moim miejscem działają niemal od razu).

    • 13 Beniamin Durski
      9 kwietnia 2010 o 13:05

      Oczywiście, że R jest bardzo proste, jeśli ktoś grał w tę grę, o której jest mowa w tekście ;).

  13. 14 abc
    9 kwietnia 2010 o 21:23

    :). Z GTA w pośpiechu się walnąłem, chyba San Andreas to jest. Po podpowiedzi Emiela… R pochodzi z Shattera? A po podpowiedziach wciąż nie wiem. No dajcie odpowiedzi :). Kto robił tę grafikę?

    • 15 Mariusz Stępień
      9 kwietnia 2010 o 22:43

      Autor tekstu taki zdolniacha…

      R – Shatter (okładka soundtracka)
      A – Heavy Rain
      N – Mam Talent! 😀


Comments are currently closed.

Twitter


%d blogerów lubi to: