06
Mar
10

borkiet o golfie, czyli dlaczego wszyscy kochają celować do dołka

Dziś rzecz o wyobraźni. Coś, co niegdyś stanowiło główną siłę gier video, a co obecnie coraz częściej twórców tychże zawodzi. Będzie także słówko o Heavy Rain – ale nie zamierzam zdradzać kompletnie nic z fabuły ani ogólnych wrażeń. Będzie głównie o golfie. I o tym, dlaczego nawet Kratos lubi od czasu do czasu pospacerować po zielonym polu i zaliczyć kilka dołków. W końcu czego jak czego, ale wyobraźni Kratosowi odmówić nie można.

Chciałem jakoś zgrabnie połączyć temat wyobraźni i gry w golfa, i długo nie mogłem znaleźć odpowiedniego pretekstu. Gra Heavy Rain opiera się w całości na zawierzeniu wyobraźni gracza. Zawierzeniu w to, że gracz będzie w stanie sobie wyobrazić te sytuacje i to, jak sam by się w danym momencie zachował. I w moim przypadku to naprawdę działało. Udało mi się na tyle wczuć we wszystkie postaci, że zakończenie sprawiło mi tym większą przykrość. Ale o tym kiedy indziej. W pewnym momencie gry jest scena w której nasz misiowaty detektyw przychodzi porozmawiać z tatusiem podejrzanego w sprawie Zabójcy Origami. I zaczynają grać w golfa – a raczej ćwiczyć uderzenia.

O co chodzi w golfie?  Chodzi o wpakowanie piłeczki do dołka przy pomocy jak najmniejszej liczby uderzeń. Przecież każdy gracz doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Golf to gra, w której chodzi o to, żeby być najlepszym. Błąd.

Golf w rzeczywistości polega na tym, że idzie się na pole golfowe, ciągnąc za sobą absurdalnie wyglądający wózeczek, mając na stopach buty, w których nie pokazałbyś się na żadnej imprezie, staje się przy pierwszym punkcie do pierwszego dołku, po czym zaczyna się dyskusja. Dyskusja polegająca – w zależności od tego, czy jesteśmy na danym polu po raz pierwszy, czy nie – na tym gdzie do cholery może być ten dołek, bo go nigdzie nie widać. Zerka się na mapę, określa miejsce, w którym się jest, na podstawie ilości uderzeń dla danego dołka określa taktykę, a wszystko w atmosferze życzliwego doradzania sobie i żartów. Po czym pierwsza osoba uderza piłeczkę, która… gdzieś spadła. I tu warto pamiętać o jednym: lepiej wi(e)dzieć gdzie piłeczka doleciała, niż uderzać mocniej. W końcu wszyscy oddali po jednym strzale i rozpoczyna się proces przemieszczania w kierunku dołka.

Podczas tego podziwia się okolicę, komentuje gdzie kto uderzył, rozprawia o kobietach i odreagowuje pracę. Po czym po kolei, idąc śladem piłeczek, każdy oddaje kolejne uderzenia, które czasami się wpisuje w zeszyt, a czasami się mylą i daje się temu spokój. Relaksowanie się. Przeciwieństwo stresowania się tym, czy wygram czy przegram. Cholernie miłe i sympatyczne spędzanie wolnego czasu.

Cholernie miłe spędzanie wolnego czasu, które gry video zredukowały do tego, czy uda mi się trafić w dołek mniejszą liczbą uderzeń niż przeciwnik.

Czyż to nie smutne i żałosne?

Na szczęście mamy jeszcze Japończyków i ich wizję świata. W przeciwnym wypadku skazani bylibyśmy na gry o golfie, które dalej wmawiałyby nam, że chodzi o to, żeby być najlepszym.

Tiger Woods PGA Tour 10 w wersji na Wii jest grą świetną. I właśnie w tym kierunku podążać będą twórcy tychże – jak najwierniejsze oddanie mechaniki rozgrywki. Tylko co z całą otoczką?

Gdzie to wszystko, czym golf tak naprawdę jest? Niby ludzie klaszczą mojemu czarnemu avatarowi, niby robi wszystko dokładnie tak, jak ja, niby graficznie też nie jest najgorzej – rzekłbym nawet, że jest bardzo dobrze jak na Wii… ale gdzie ta cała reszta? Okazuje się, że potrzeba jedynie drugiej osoby (lub więcej) i ta cała reszta w grze od Electronic Arts niemal wraca. Ale czy to znaczy, że gry w golfa są tylko dla osobników, które lubią socjalizować? Że dla odludków nie ma żadnej innej możliwości uchwycenia choć trochę tej atmosfery? Przekonania się o tym, że każdy kocha grać w golfa?

I tutaj z pomocą przychodzą nam niezawodni Japończycy. Ci sami panowie, którzy wyścigi samochodowe zamienili w kakofonię dźwięków i obrazów. Ci sami, którzy wymyślili jak sprawić, żeby dorosły facet bał się wziąć pada do ręki stosując prostą sztuczkę z mgłą. Ci sami, którzy wpadli na banalnie prosty pomysł, że w końcu wszyscy uwielbiają grać w golfa, tylko niekoniecznie jeszcze zdają sobie z tego sprawę! Pozwoliła im na to niczym nie ograniczona fantazja, odsuwająca prawdziwy świat i reguły nim rządzące zupełnie na drugi plan – wysuwająca grywalność przed wszelki realizm.

Everybody’s Golf World Tour to gra o golfie. Chodzi w niej o zaliczenie dołka przy pomocy jak najmniejszej ilości uderzeń. Do dyspozycji mamy różne postaci, różniące się umiejętnościami i sprzęt, który ma różne właściwości – możemy na przykład bardziej podkręcić piłkę. Tyle teorii.

W praktyce jeśli podchodzisz do gier o golfie na zasadzie: „zwycięstwo ubber alles”, to wybór tej gry będzie największym rozczarowaniem w Twoim życiu. Bo grając dla zwyciestwa i nie pozwalając sobie na odrobinę szaleństwa jesteś tutaj z góry skazany na klęskę. Jeśli jednak masz ochotę na odrobinę relaksu i odprężenia – nie mogłeś lepiej trafić.

Pamiętacie Flower? Ludzie podzielili się niemal natychmiast na dwa obozy: miłośników i przeciwników. Ci pierwsi zachwycali się tym, że gra jest tak relaksująca i odprężająca (nie licząc kilku momentów), ci drudzy żachnęli się, bo co to ma być? Pół godziny grania i żadnego sensu. Ci drudzy nie docenią Everybody’s Golf. Ci pierwsi… mogą skończyć tak, jak ja.

Jest tutaj wszystko – balony latające nad nami, wiewiórki, zebry, słonie, wyścigi buggy. Można nawet trafić w orła. No tak – ale gdyby to było wszystko jeśli chodzi o „wyobraźnię”, to byłoby nieco ubogo. Zerknijcie zatem na poniższy filmik, zanim przejdziecie do reszty tekstu:

Od razu uprzedzę – takie rzeczy da się zrobić, ale trzeba naprawdę długo posiedzieć, żeby się udało. Bo tak naprawdę jest to zwykła gra o golfie, która jednak co chwilę pokazuje, że tak naprawdę w golfa uwielbiają grać wszyscy – tylko nie wszyscy o tym jeszcze wiedzą. Zachowanie piłeczki, jej fizyka – te elementy są na naprawdę tak wysokim poziomie, że nawet oficjalna gra z Tigerem Woodsem robi pod tym względem mniejsze wrażenie. Ale dzięki tej iskrze pozwalającej na toczenie pojedynku w golfa między Kratosem i Hello Kitty bez rozdźwięku w postaci „ależ to głupie” – Gra czaruje i sprawia, że każde me posiedzenie z nią przeciąga się znacznie dłużej niż planowałem.

A skoro już jestem przy Tigerze Woodsie, nie mogę nie przypomnieć jakże doskonale pokazującej, że golf to gra dla ludzi z wyobraźnią, reklamy:

A co to wszystko ma wspólnego z Heavy Rain? Dobre uderzenie sprawiło mi w tej grze naprawdę sporo satysfakcji. Trzymając pada w dłoniach miałem ochotę pokazać temu cwaniaczkowi z którym rozmawiałem, że ma do czynienia z kimś, kogo należy traktować poważnie. I szczerze mówiąc był to jedyny moment w tej grze, kiedy czekałem, aż zostanę sprowokowany, żeby mieć pretekst do użycia tego kija.  Co ciekawe – w prawdziwym życiu nigdy mi taka myśl przez głowę nie przeszła – trzymanie w dłoni kija kojarzyło mi się z radośnie beztroskim sposobem na spędzanie wolnego czasu. Na pewno nie z przemocą. Zatem uważajcie grając w Heavy Rain – ta gra może z was zrobić psychopatów.

Na szczęście następnego dnia miejsce miała „awaria PSN” i w związku z tym, że gra o zabójcy Origami się nie uruchamiała – pograłem w Everybody’s Golf. I przypomniałem sobie, że te kijki służą do wyprowadzania ich na spacer. A lokalne pole otwierają dopiero jutro – siódmego marca. Trzymajcie kciuki za dobrą pogodę i jeśli macie ochotę przekonać, że wy też kochacie grać w golfa – polecam Everybody’s Golf – World Tour. Nie traktujcie tej gry serio. Potraktujcie ją tak, jak wygląda – niepoważna, radosna, ale pokazująca jak cholernie miłym sposobem na spędzanie wolnego czasu jest golf.

P.S.

Na europejskim PSN dostępne jest do pobrania demo Everybody’s Golf. Serdecznie zachęcam wszystkich do spróbowania.

Reklamy

7 Responses to “borkiet o golfie, czyli dlaczego wszyscy kochają celować do dołka”


  1. 7 marca 2010 o 12:50

    Z innej beczki – świetny wywiad z Rysławem na dubscorze jest. Nie wiedziałem, że Rysław pracował przy dubbingu tak wielu świetnych tytułów.

  2. 2 SimonX
    7 marca 2010 o 21:43

    Bardzo fajny tekst, dobrze się czytało. Teraz pozostaje jeszcze sciągnięcie tego golfa na PSP i sprawdzenie, czy to wszystko się w moim przypadku potwierdzi. Kiedyś – bardzo dawno temu – bardzo lubiłem golfy na PC, potem jakoś przestałem w nie grać w ogóle.

    • 8 marca 2010 o 00:13

      Everybody’s Golf w wersji na PSP jest bardzo podobne – jest kolorowo, slicznie, momentami infantylnie, ale serce gry, czyli rozgrywka jest dokladnie tak samo skonstruowana jak w wersji na PS3. szkoda, ze nie ma zadnego laczenia miedzy tymi dwiema grami – na moim PSP gram praktycznie tylko w RR2, Lumineski i wlasnie Everybody’s Golf.
      sciagnij demko na PS3, bo jest naprawde swietne.

  3. 8 marca 2010 o 16:16

    Ja często gram w Let’s golf na ip, polecam

  4. 5 SimonX
    8 marca 2010 o 17:00

    właśnie widziałem lets go na PSP w minisach – wyglada jak blizniak everybodys golf – menu, czcionki, logo, postacie wygladają identycznie, albo bardzo podobnie
    jakby to ta sama firma wyprodukowała
    demko EG:WT obadałem – faktycznie bardzo przyjemne
    niestety gra – jak na relaksujący nieskomplikowany tytuł – jest dość droga
    w ogóle myślałem, że to tytuł z PSNu, tymczasem to gra dyskowa, na allegro chcę 75zł
    także nie ma mowy o zakupie
    prędzej rozważę tego minisa, zaraz popatrzę na youtube, czy to coś warte 🙂


Comments are currently closed.

Twitter


%d blogerów lubi to: