20
Lu
10

Tepper o Japonii kiedyś, teraz i zaraz

Japonia umarła.

Te szalenie optymistyczne słowa wyrzucił z siebie Keiji Inafune, współtwórca m.in. Mega Mana w trakcie ubiegłorocznego Tokyo Game Show. Czy zasmuciło go mniej wystawców, mniej odwiedzających, mniej wystawionych gier – tego nie wiemy. Pewnie wszystko po trochu. Czy zgadzam się z jego tezą? Niezupełnie. Na wstępnie też chciałbym zaznaczyć, że moje doświadczenie z japońskim dewelopingiem opiera się wyłącznie na opowieściach przekazanych mi przez znajomych, tamtejszych twórców. Z drugiej strony posiadam kilka lat doświadczenia z pracy w ogólnoświatowych, japońskich korporacjach niezwiązanych z grami. I wbrew pozorom te różne typy działalności mają ze sobą wiele wspólnego. Przede wszystkim zarządzanie.

Do napisania tego tekstu zainspirował mnie interesujący artykuł na Eurogamerze, gdzie możemy przeczytać relacje zagranicznych autorów gier, którzy zdecydowali się na pracę w Japonii. „Praca marzeń, działanie wespół ze swoimi idolami z dzieciństwa” – pewnie, to brzmi fantastycznie. O ile ma się pojęcie w co się człowiek pakuje – a czasu, chęci i świadomości potrzeby aż tak głębokiego sprawdzenia tematu wielu pewnie nie czuje. I nie ma się co dziwić – w końcu „jakoś to będzie”. I owszem, jakoś będzie, ale niekoniecznie tak, jak sobie wymarzyliśmy.

Skoro już jednak tak wielu wieści koniec Japonii to najpierw spróbujmy zastanowić się nad jej początkiem. W pierwszej kolejności zatem – co nas do gier z KKW przyciągnęło? Patrząc z punktu widzenia polskiego gracza, gdzie kultura konsolowa dotarła znacznie później, w połowie lat 90′, ogromne znaczenie miała zapewne egzotyka. Gdy stykam się z osobami będącymi pierwszy raz w Japonii, to w pierwszych tygodniach nie widzą w zasadzie nic, poza egzotycznymi, fajnymi ciekawostkami. Wszystko jest inne – kobiety mniejsze, grzeczniejsze i piękne, tanie sushi na każdym rogu, wiele ułatwiających życie popierdółek (automaty z napojami w ilości przewyższającej populację przeciętnej wielkości kraju). Taka egzotyka na pewno pociąga i można się nią zachłysnąć, natomiast dopiero po pewnym czasie dociera do każdego, że wcale nie jest tak różowo. Surowa ryba to jednak nie schabowy z kapustą, a Japonki może i są śliczne, ale dogadać się z nimi na poważnie już nie jest tak prosto. I oczywiście strasznie tutaj generalizuję, ale wiecie w czym rzecz.

Wróćmy zatem do lat 95-96. W gazetach komputerowych zaczyna się pisać pierwsze nieśmiałe teksty o mandze i anime, do kiosków trafiają pierwsze komiksy, a na przegranych kasetach maniacy fascynują się Ghost in the Shell i Evangelionem. Dostanie kopii VHS, na której widać więcej niż połowę ekranu graniczy z cudem, ale nikomu to nie przeszkadza. Lokalni otaku łykają wszystko co się pojawi i organizują wielkie kopiowanie kaset na pierwszych konwentach. Piękne czasy. Wtedy też do nadwiślańskiego kraju docierają pierwsze konsole, wówczas nazywane przez wszystkich „plejstejszyn” lub „peesiks”. Gramy w Tekkena, Ridge Racera, Soul Blade’a. Wszystko jest bajecznie kolorowe, w doskonałej jakości – lepiej niż na PCtach, a nawet automatach. Jednocześnie pojawiają się pierwsze jRPGi: najpierw pojawiło się Wild Arms, za nim szły kolejne, aż doszliśmy do punktu przełomowego – Final Fantasy VII. „Jaka fabuła, jakie postacie, jaka rozgrywka, a te filmy przerywnikowe!”. Ochom i achom nie było końca, na pirackich w ogromnej większości kopiach zagrywało się wielu. Dla nas te tytuły niosły więcej świeżości, niż antyperspiranty Nivea i przekonały wielu, że klikane przygodówki i strategie na PC to niekoniecznie najfajniejsza forma spędzania wolnego czasu. Albo przynajmniej, że warto poszerzyć horyzonty. To nic, ze wiele z gier, w które się zagrywaliśmy miało swoich poprzedników na wcześniejszych konsolach, choćby na SNESie. W masowej świadomości one nie istniały, więc nikogo tak naprawdę nie interesowały.

No i w ten sposób zachłysnęliśmy się japońską rozrywką. Tak zupełnie inną niż PieCe i Amigi, taką radosną, kolorową, przystępną, a jednocześnie głęboką. Lata mijały, a w Polsce kolejne konsole Sony i potem już innych producentów zagościły w wielu domach na dobre. I w ten sposób przeżyliśmy dwie generacje sprzętu – umownie PSone i PS2. Ta druga konsola stanowiła naturalne rozwinięcie poprzednika i oferowała to co wcześniej, ale w znacznie piękniejszej oprawie. I to się sprzedało.

W końcu nadeszła jednak pora na wymianę sprzętu i zaoferowane super wyposażone PS3 (no i oczywiście Xboxa 360). Tym razem jednak, poza oprawą, zagraniczne studia postanowiły pójść dalej jeśli chodzi o rozgrywkę. Sama wysoka rozdzielczość już przestała wystarczać, postanowiono wykorzystać moc sprzętu również do innych celów. Chociażby dominujące często w rankingach sprzedaży strzelaniny FPS dorobiły się prawdziwej filmowości poprzez wykorzystanie masy skryptów w trakcie rozgrywki, a zabawa wieloosobowa przez internet stała się standardem. To oczywiście tylko część góry lodowej, ale wiele tego typu trendów stało się kluczowymi jeśli chodzi o sprzedaż i zainteresowanie graczy. Tymczasem, pozostaje wciąż…

Japonia. Ta Japonia, która doskonale sprzedających się gier produkuje coraz mniej, a najnowszych tendencji próżno szukać w jej tytułach. KKW wciąż klepał i klepie to samo, lekko podbijając grafikę i nie potrafiąc się zupełnie odnaleźć w świecie najnowszych technologii. Paradoks? W końcu Japonia z owej technologii słynie na całym świecie. Ale to tylko kolejna klisza, którą łatwo poddać weryfikacji spędzając tam nieco czasu (szkoda na to miejsca tutaj).

Tak czy owak, mamy tych biednych Japończyków, których garstka fanów topnieje zdecydowanie szybciej niż tegoroczny śnieg. Ich problem nie polega jednak na tym, że zapomnieli co potrafili. Oni wciąż to umieją. I niewiele więcej. Po prostu nam znudziło się odgrywanie w kółko tych samych ról młodzieńców ratujących kawałek galaktyki, a w przypadku najbardziej znanych serii (choćby Gran Turismo) pojawili się po prostu zachodni konkurenci tworzący gry szybciej, a być może i lepiej (halo halo, Forza). Japończycy wciąż posiadają to, co jest szalenie istotne na obecnym rynku – marki. Nazwa czasem znaczy dużo więcej, niż sama zawartość produktu, ale nie znaczy jednak wszystkiego. A przynajmniej nie w świecie gier. Wielu japońskich twórców zdaje się uważać, że skoro ich marka jest znakomita (czy to marka gry, czy firmy), to niewiele im może zaszkodzić. I sprawa ta ciągnie się dalej.

Tutaj zresztą w końcu dochodzimy do punktu poruszanego na początku – zarządzania. W wielu firmach na najważniejszych stanowiskach zasiadają teraz twórcy, którzy przed laty popularne marki wykreowali (choćby wspomniany wcześniej Inafune). Do tego są to osoby, które rozpoczynały kariery, gdy nad grą nie pracował sztab kilkudziesięciu lub kilkuset osób, a jedynie wąska grupa zapaleńców i marzycieli. Przyzwyczajeni są oni do podejmowania decyzji w małych grupach, słuchanie niżej położonych pracowników niekoniecznie należy do ich obowiązków. Jak zresztą w każdej, japońskiej firmie. Oczywiście, są od tego wyjątki, są choćby procedury Kaizen, które mają na celu ciągłe doskonalenie, często także zaplanowane przez „młodych”. Co innego jednak teoria, a co innego praktyka. Często jest po prostu tak, że jeśli ktoś spędził już w firmie te kilkanaście/dziesiąt lat, to jego głos jest nie tylko ważny, ale również jedyny. Młodzi ludzie, pełni świeżych pomysłów i nowatorskich spojrzeń nie są dopuszczani do kręgu decyzyjnego ze względów kulturowo-społecznych – tak się po prostu nie robi. Przez to zresztą zwykłem mówić o „japońskim betonie”, czyli typach z najwyższych stołków, którzy tego co jest pod nimi nie widzą. A, że i ich zmysł, i talent zdążyły już pokryć się starczymi warstwami kurzu – cóż, cierpią na tym zarówno oni nie tworząc nic dobrze się sprzedającego, jak i my – nie dostając produktów powalających innowacyjnością.

Przed Japonią teraz droga, którą może pokonać na jeden z dwóch sposobów – albo skończyć jak japońska kinematografia czy rynek muzyczny, albo otworzyć się na świat i ponownie zachwycić nas świeżością i egzotyką. Spytacie jak skończyły te pierwsze rzeczy? Taki obrazowy przykład – japoński rynek muzyczny jest nazywany drugim największym, po amerykańskim, na świecie. Widzieliście kiedyś jakieś popularne płyty z tamtego kraju w naszych sklepach? No właśnie. Mam nadzieję, że japońskie gry też ostatecznie nie skończą tylko na japońskich półkach. Ale spoko, takie rodzynki jak Valkyria Chronicles czy No More Heroes dają nadzieję. Będzie dobrze.

A w następnej części będzie o tych właśnie rodzynkach i, paradoksalnie, spróbuję Was przekonać, że Japonia ma się dobrze.

PS. Tekst jest pisany z pozycji gracza „mainstreamowego„, który na piedestale stawia GTA i Modern Warfare. W kolejnym tekście, podejście będzie trochę inne.

Reklamy

15 Responses to “Tepper o Japonii kiedyś, teraz i zaraz”


  1. 1 Adi
    20 lutego 2010 o 16:35

    Ciężko napisać krytyczny komentarz do tekstu z którym się w 100% zgadzam 😉 Kocham japońskie gry ale nie za ich dżapońskość (wielkie oczy, nastolatkowie kierujący robotami) a za wolność w prowadzeniu fabuły, a więc na myśl o tym że światową odpowiedzią na Yakuze/Persone/Ico cokolwiek jest Bioware z ich kliszami to wstydzę się być europejczykiem 😀 Z drugiej strony pierwsze 3 części amerykańskiego Splinter Cella są więcej niż odpowiedzią na MGSs, ale znowu ciężko stwierdzić kto tak naprawdę robił God of Wara – mam wrażenie że kod pisano w Ameryce ale za ogólny design odpowiada jakiś sprawny umysłowo japończyk. Moja odpowiedź na współczesną japonie jak i na gry w ogóle – outsourcing. Japończyk = Koncept/Design/Pomysły, Hindus = Betatesting za 1USD/Dzień Niemcy = Programowanie (a co! Crytek jest niemiecki :D) Reszta = Wkład finasowy. Stricte japońskie dobre gry skończyły się tak jak wspomniałeś wraz z tymi jednostkowymi twórcami którzy bez narzucanych przez zaibatsu ograniczeń potrafili zrobić cuda na kartidżu. Bardzo brakuje mi japońskich indie games – sony nie wspiera takiej kuźni talentów a xboxa ma tam mało kto.

    Komentarz marny ale jakoś trzeba zacząć – gratuluje wyzwolenia się z jarzma poly, które prawdę mówiąc ogólnie ciążyło waszym tekstom.

  2. 2 Shellac
    20 lutego 2010 o 17:19

    Proszę o więcej takich tekstów,świetna robota.

  3. 3 Mariusz
    20 lutego 2010 o 17:36

    Bardzo ciekawy i fajny tekst, ale gdybym miał wyciągnąć z niego jakieś wnioski to nie wiem… jest niedobrze, ale paradoksalnie jest dobrze 🙂

    Mnóstwo graczy uważa, że rozwój japońskich gier stanął w miejscu. Chcieliby chyba, żeby tamtejsze produkcje różniły się od amerykańskich jedynie metką „made in …”. Ja nie chcę i boję się tego. Boję się, bo grając pierwszy raz w życiu w ISS czy GT poczułem, że to jest to. Czuję to do dziś, pomimo niezadowolenia tłumów: „Konami ze swoim PESem zatrzymało się w czasie wieki temu, FIFA jest sto razy lepsza”. Inny przykład, ostatnio na czasie: Yakuza 3. Chwała Sedze za to, że zdecydowała wydać się ten tytuł w Europie, pomimo tego, że nie sprzeda się w milionowych nakładach. Prawie wszyscy narzekają na przestarzały interfejs, na pisane dialogi z dźwiękiem telegrafów w tle… krótko mówiąc narzekają na japońską grę, że jest taka japońska. A ja? a ja jestem szczęśliwy, że będę mógł zagrać w genialną produkcję rodem z KKW i powspominać czasy PSX 🙂

    Czekamy na drugą część, więcej takich tekstów!

  4. 4 Asgaroth
    20 lutego 2010 o 17:44

    @Adi: piszesz o kopiach Bioware, ale w końcu japońskie gry są w większości robione niemalże bez przerwy na jedno kopyto (o czym sam tap-chan pisze przecież), więc nie wiem, czego tu się wstydzić. Przynajmniej w ich grach łatwo określić płeć protagonisty 😉

    W każdym razie, właśnie ta „jednokopytność” gier japońskich mnie od nich odrzuca. Ciągła infantylność, przewidywalność. I tu przy okazji mogę się odnieść do wymienionego na sam koniec tekstu rodzynka, VC. O ile zachwyciło mnie graficzne wykonanie i sam system rozgrywki, tak fabularnie aż żal dupę ściskał, brzydko mówiąc. Dlatego też z mojego punktu widzenia kiepski to rodzynek. IMO lepszym przykładem jest uwielbiane przez Rysława (i mnie również ;)) Demon’s Souls. W tym wypadku twórcom udało się odciąć od japońskości i pewnie dlatego jest to pierwsza od dłuższego czasu gra z kraju kwitnącej wiśni, którą wkładałem do czytnika bez cienia wątpliwości, że spędzę przyjemnie czas.

    Obecnie wygląda to trochę tak, jakby zachód pod pewnymi względami wystrzelił z procy, podczas gdy japońska część branży mozolnie stara się nadążyć na grzbiecie Koopa Troopa 😉 Pozostaje mi mieć nadzieję, że wybudzą się z marazmu i znów zaczną zachwycać swoimi dziełami. W przeciwnym wypadku pozostanie mi usadzenie kolejnego headshota w dwudziestej części Call of Duty/BF, bądź wyrżnięcie kolejnych zastępów potworów rodem z twórczości Tolkiena. Bo mimo, że to ciągle te same schematy, to jednak przynoszą mi więcej przyjemności.

    Jej, ależ ściana tekstu mi się zrobiła…mam nadzieję, że to, co napisałem dość zjadliwe jest 😉 Na koniec powiem tylko, że fajnie przeczytać tekst o wschodniej branży widzianej oczyma człowieka, który trochę zna te realia. Czekam niecierpliwie na kolejną część.

  5. 5 philipo
    20 lutego 2010 o 18:09

    Świetny tekst na ciekawy temat. Czyta się wspaniale. Z niecierpliwością czekam na więcej 🙂

  6. 6 SimonX
    20 lutego 2010 o 21:18

    Cyżby m.in. moje narzekanie na wygląd Yakuzy 3 było częściowo inspiracją dla autora? 😀
    Bardzo ciekawy tekst – czekam na więcej.

  7. 7 whuu
    21 lutego 2010 o 11:38

    artykuł, chyba rzeczywiście trochę związany z forumowym wątkiem o jakuzie(przykład praktyczny?)

    japońskość w grach nie powinna oznaczać przestarzałych rozwiązań(nieszczęsne dialogi na maszynie w jakuzie), a niestety dla wielu graczy, którzy nie mieli styczności z poprzednimi częściami znanych japońskich serii, lub dla których obecna generacja konsol jest pierwszą, właśnie z może się kojarzyć.

  8. 8 popvictims
    22 lutego 2010 o 15:12

    Grisza: Dobry, ciekawy tekst, nie jest zbytnio hermetyczny, więc czyta się go bardzo przyjemnie, nawet takiemu „growemu” laikowi jak ja.

    Interesujące to porównanie z rynkiem muzycznym i kinematografią. Rzeczywiście coś w tym jest, japoński rynek muzyczny nie ma właściwie zupełnie nic do wyeksportowania. Jest co prawda wielu dobrych muzyków i kompletnie odjechanych projektów, ale to jest jednak mocne podziemie. Tylko co niektórzy są odrobinę rozpoznawalni za granicą jak Cornelius, Merzbow czy DJ Krush, a i tak o sławie nie może tu być mowy, bo to jednak scena mocno undergroundowa. Bardzo mało jak na tak gigantyczny rynek, w który wpompowane jest tak dużo pieniędzy. Japoński muzyczny mainstream zupełnie nie nadaje się jednak do promowania za granicą, żeby tego słuchać trzeba być albo Japończykiem, albo bezguściem sfiksowanym na punkcie wszystkiego co japońskie. Dla całej reszty świata to zupełnie niestrawna papka.
    Trochę inaczej ma się sprawa z japońskim kinem, bo to ma się słabo nie tylko za granicą ale przede wszystkim również w Japonii. Kiedyś wielkie wytwórnie filmowe albo poupadały albo drastycznie pocięły koszta, a sale kinowe świecą pustkami. Ciężko jest cokolwiek nakręcić, jeszcze trudniej wpuścić w ogólnodostępny obieg. To jest temat rzeka na osobny obszerny artykuł, nie będę więc się tutaj specjalnie rozwodził, niemniej jednak japońska kinematografia ma już swoje lata świetności dawno za sobą i nie zmieni tego ani Oskar dla „Okuribito” ani rzesza maniakalnych fanów takich współczesnych reżyserów jak Miike czy Tsukamoto. Kryzys zżera japońskie kino od środka, i choć przyczyna jest inna efekt jest taki sam jak w przypadku muzyki – nie ma mowy o międzynarodowym sukcesie na dużą skalę. Pozostają perełki dla dociekliwych szperaczy.
    Mam nadzieję, że taka sytuacja nie spotka twojej branży i czeka cię jeszcze wiele wzwodów przy nowych japońskich grach 😉

    Mam nadzieję, że będziesz od czasu do czasu wrzucał na bloga takie interdyscyplinarne teksty, chętnie wpadnę i poczytam. A schabowego to bym sobie chętnie zapodał! Pozdro z Tokio.

    • 22 lutego 2010 o 15:18

      O, mamy i reprezentanta popvictims. 🙂 Tak, tego bloga też wszystkim polecam. 🙂

      Japońscy artyści, tak jak piszesz – są. Ale spróbuj jakiemuś przeciętnemu słuchaczowi puścić pełną płytę Merzbow. Jak wytrzyma 3 kawałki, pogratuluję. 🙂 No chyba, że z wokalistą zacznie umawiać się Doda – wtedy pierwsze miejsce w rankingu empiku pewne.

      Rozpisałbym się bardziej, aczkolwiek w pracy właśnie niespecjalnie mam na dywagacje czas. W każdym razie polecam się i zapraszam do aktywnego brania udziału w życiu bloga i komentowania. 🙂

    • 22 lutego 2010 o 15:36

      A tak tylko spytam – Adam czy Grzegorz zaszczycił mnie obecnością? 🙂

      • 12 popvictims
        22 lutego 2010 o 15:47

        A jak myślisz chujku?

        http://popvictims.wordpress.com/category/japan/

        „Grisza” jak byk widnieje na początku pierwszego komentarza a „Tokio” na samym końcu. To który z nas to?

        Wielkie pozdro i wracaj lepiej do pracy „kaizeny” wdrażać i użerać się z japońskim zarządzaniem, a nie w necie siedzisz maniaku 🙂

    • 22 lutego 2010 o 15:50

      No fakt, tylko Ty siedzisz w Tokio z popvictimsów. 😉 Cieszę się, że chciało Ci się przeczytać tekst o grach, które masz zupełnie w dupie. Postaram się pisać też tak, aby laików czasami zainteresować.

      Wątpliwość wzbudził we mnie dziwny email adres, nie wiedziałem, że z takiego korzystasz. 😉

      Dobra Grisza, wracam wdrażać kaizeny, a z Twojej strony po teatrze czekam na debiut w telewizji, może jakiejś dramie. Czy od razu na srebrnym ekranie? 🙂

    • 14 Mariusz
      22 lutego 2010 o 19:19

      DJ Krush – mój bóg jeśli chodzi o muzykę, facet naprawdę ma ogromny talent. Prawdą jest niestety, że dostępność jego płyt w Polsce (a nagrał ich sporo) jest praktycznie zerowa, pojedyncze sztuki na allegro czy w sklepach internetowych…

  9. 15 popvictims
    22 lutego 2010 o 16:25

    Tekst przeczytałem, jak już wcześniej napisałem, z dużą przyjemnością. Poza tym, rozejrzałem się trochę po blogu i spokojnie znalazłem kilka innych interesujących dla mnie wpisów, czy to ten o butach, czy o fotach robionych podczas grania. W końcu w samym opisie strony piszesz, że nie jest to blog stricte o grach, a o różnych ciekawostkach oscylujących wokół branży elektronicznej rozrywki. I myślę, że warto się tego trzymać, bo jest to ciekawa luka, z pewnością ci, którzy „siedzą” w grach mają tutaj pożywkę, ale naprawdę znajdzie się też i coś smacznego dla kogoś z poza tego kręgu. Ja co prawda, tak jak piszesz, „gry mam w dupie”, co znaczy, że nie gram wcale, ale chętnie poszerzam wiedzę na różne tematy, więc dotyczy to również gier, nawet jeśli nigdy nie zasiądę przed konsolą. Tym bardziej dobrze jest coś wiedzieć na ten temat jeśli mieszkasz w kraju, w którym po pierwszych standardowych pytaniach jak masz na imię i skąd pochodzisz, kolejnym jest bardzo często czy grasz w gry komputerowe??!! Zdarza mi się to dziwnie często 😉

    Adres Email jest administratora popvictims więc słusznie mogłeś być zwiedziony.

    Na razie trzymam się teatru, chociaż zdarzają się też inne projekty, a i z NHK dzisiaj propozycja się pojawiła. Niestety nie wchodzę w to bo za 2 tyg spadam na pewien czas z Japonii. Dobra, na razie, kończę bo widzę, że więcej tu prywaty uprawiamy niż rzeczowej dyskusji 😉 Blog jest super, życzę powodzenia, niech rośnie w siłę!!


Comments are currently closed.

Twitter


%d blogerów lubi to: