20
Lu
10

Ridge Racer 7, czyli najlepsza gra muzyczna z samochodem w roli głównej.

It's Riiiidge Raaamplitude!

Czasami mam ochotę odpalić konsolę, wyłączyć myślenie i zapaść się w grę, która będzie płynna, szybka i będzie dostarczała prostej, nieskomplikowanej rozrywki. Zamiast myśleć – chcę reagować. Zamiast szukać drogi – pędzić do przodu. Zamiast się stresować poziomem trudności – mieć frajdę nawet z przegranej. Pragnę gry, na którą nie szkoda by mi było wydać złotówki w śmierdzącym fajkami salonie (dlaczego wszystkie salony z grami video śmierdziały fajkami?) i gry, która jak mnie wkurzy, to mogę wyłączyć w każdej chwili nie martwiąc się, że checkpoint był godzinę temu. Od niemal 4 lat funkcję takiego odstresowywacza pełni pozycja, którą obśmiał już cały świat – a to na skutek intensywnych działań marketingowych złotoustego Kaza Hirai. Zapraszam zatem do mojej laurki gry muzycznej pod tytułem Riiiidge Raaaaaceeeeer 7! (nie mogłem się powstrzymać).

Gry muzyczne dzielą się dla mnie na dwie kategorie. Jedna to taka, w której leci muzyka, mamy dostosowane do niej guziczki/strzałeczki/punkciki/cele i musimy w to wszystko trafiać idealnie, żeby nie popsuć melodii. Druga kategoria to Ridge Racer (na siłę dołożyłbym tutaj też Outruna, w którym także muzyka gra rolę główną). Ta ostatnia grupa na pozór udaje gry wyścigowe, ale nie dajmy się zmylić. Podchodząc do Ridge Racera jak do wyścigówki srogo się zawiedziecie.

Gry wyścigowe tworzy się według następującego szablonu: gracz chce przede wszystkim ścigać się prawdziwym samochodem po prawdziwych lokacjach z możliwie wiernie odwzorowanym modelem jazdy. Do tego uczestnik zabawy na pewno ucieszy się tym bardziej, im więcej swobody mu damy. Dzięki temu powstają takie potworki jak Need for Speed Carbon, który jest nudniejszy niż jazda w korku po centrum Warszawy czy inne Burnouty Paradise, w których gdyby nie wyjątkowo widowiskowe kraksy i fajne skocznie (czy ktoś jeszcze grał w GTA Vice City tylko i wyłącznie po to, żeby sobie poskakać?) musiano by mnie budzić 5 minut od momentu chwycenia pada w dłoń. Umówmy się – jeśli mam ochotę się pościgać na zasadzie „gaz do dechy i rura”, to nie chcę rozglądać się za najlepszą trasą do celu, nie chcę widzieć, jak pracuje zawieszenie w samochodzie, który prowadzę, nie chcę nagle znaleźć się na samym końcu stawki, bo przywaliłem w jakiegoś delikwenta jadącego z naprzeciwka. Chcę wyłączyć proces zwany „myśleniem”, patrzeć jak mi miga przed oczami krajobraz i wpaść w trans – nadmierne myślenie może tutaj wyłącznie przeszkadzać. Chcę chłonąć wrażenia audio-wizualne, a nie analizować trasę.

I chyba panowie z Kraju Kwitnącej Wiśni myślą podobnie – kilkanaście lat temu wymyślili grę w której chodzi o trzymanie przycisku z oznaczeniem „przyspieszenie” przez niemal cały czas, a cały sens rozgrywki sprowadza się do reagowania za pomocą „lewo/prawo” na to, co się dzieje przed nami. Najważniejszą rolę w tym wszystkim gra płynna grafika i muzyka która zagłusza pozostałości myśli, generowanych przez mózg zmęczony całodzienną pracą. Nadeszła era Ridge Racera i nawet Outrun musiał się nieco przesunąć ze swoim tronem i cycatą blondynką (a właśnie – dlaczego Japończycy zawsze muszą wymyślać jakąś bzdurę w swoich grach? We wspomnianym Outrunie to cycata blondyna, w Gran Turismo opony piszczące jak kot, który nawiedza moje podwórko, a w Ridge Racerach niepełnoletnia lolitka, która wije się na krzesełku udając, że trzyma w dłoniach kierownicę. Nie wspominając o kangurze z Tekkena…).

Ale wróćmy na chwilkę do gier muzycznych, no bo w końcu to o nich jest ten tekst. Czym jest gra muzyczna? Moja regułka: jest to gra, która powoduje, że wsłuchując się w dźwięki generowane przez grę i reagując odpowiednio na wydarzenia na ekranie mamy wrażenie większej immersji (jakie ładne, trudne słówko!) z tym, co płynie z głośników poprzez ruch, taniec, wciskanie odpowiednich guziczków lub przesuwanie odpowiednio kursorem albo postacią. Dance Dance Revolution było rewolucją, bo pozwalało graczom na ruszanie się w rytm muzyki i nie czucie przy tym zbytniego obciachu tylko dlatego, że zaczęli żywiołowo reagować na to, co słyszeli. Frequency uzależniło tysiące ludzi tym, że dzięki wciskaniu odpowiednich guziczków bez udziału świadomości (szczególnie na wyższych poziomach trudności świadomość w tej grze jest równie przydatna jak alkohol we krwi podczas jazdy na rowerze – jedynie przeszkadza) miało się wrażenie stopienia z dźwiękami. REZ wciągał nas w trans tym, że dzięki podróży w głąb ekranu i dźwiękom które były odpowiedzią na nasze działania pozwalał zapomnieć o świecie materialnym. Guitar Hero i Rock Band bez dobrej ścieżki dźwiękowej też byłyby jedynie nieudanym eksperymentem skazanym na porażkę (przyznać się – kto nie czuł obciachu biorąc po raz pierwszy do ręki ten kawałek plastiku w kształcie gitary?). I Ridge Racer 7 wpisuje się w kanon tych gier znakomicie.

Muzyka w tej grze to sieczka. Jest to coś, czego nie da się słuchać w oderwaniu od tytułu. Chyba, że ktoś lubi klimaty białych rękawiczek i gwizdka w zadymionym klubie. Model jazdy jest czymś, co tkwi ostro w czasach Commodore 64 i oderwać się nie chce. Graficznie jest tak absurdalnie (wodospad i trasy wiodące przez starożytne ruiny rzut beretem od tekno-miasta), że chyba jedynie Outruny są mniej bezczelne w puszczaniu wodzy fantazji jeśli chodzi o gry wideo. Każdy element z osobna przemawia przeciw tej grze (nieletnią lolitę udającą, że trzyma kierownicę wymyślił chyba ktoś, kto całe życie był przywiązany do kaloryfera za karę za złe zachowanie). A wystarczy zgasić światło, włączyć nieco głośniej muzykę, chwycić pada w dłonie i… Welcome to the Riiiiiidge Raaaaceeeer!

Niemal każdy utwór w grze zaczyna się bardzo powoli, nasz samochód zostaje w tyle za przeciwnikami, nabieramy prędkości, otoczenie trasy zaczyna się zmieniać w coraz większym tempie, mijamy świątynię, centrum z wieżowcami, las, pola, pas startowy lotniska, wymijamy kolejnych przeciwników (nazywanych w grze „enemy!„), muzyka dudni coraz głośniej i szybciej, kolejne kolory, rozbłyski, krowy mijane z coraz większą prędkością, ekstatyczny głos zbyt podekscytowanej fanki… I Finish! I dociera do nas, że tętno nam wzrosło, że mimo całej idiotycznej idei i mechaniki gry na poziomie ZX Spectrum – mamy ochotę na więcej! Szybka, konkretna dawka emocji, dobrze skondensowana, mieszcząca się w czasie wymaganym, żeby muzyka w tle (w jakim tle? muzyka w Ridge Racer jest na pierwszym planie!) mogła się rozkręcić – i oto powrót na Ziemię. Continue? Ależ oczywiście, że tak!

Brzmi znajomo? Czyż nie podobną zasadą rządzą się nieomal wszystkie tytuły z etykietką „gry muzyczne”? Krótka rozgrywka, pozwalająca od razu wskoczyć do gry, dająca możliwość szybkiego wyżycia się i nakarmienia zmysłów mieszanką dźwięków i obrazków, którą łatwo wyczuć, ale trudno opanować do perfekcji. Bo jeśli ktoś myśli, że Ridge Racer jest grą prostą, bo wygrał pierwsze 160 wyścigów za pierwszym podejściem, to niech weźmie się za wyścigi które odkrywa się (zupełnie jak w grach muzycznych!) w okolicach 80% gry. Albo lepiej, niech wejdzie online (tak, tak – ludzie w to nadal grają! Chociaż określenie „ludzie” jest tu nieco na wyrost – Japończycy siedzący i grający nadal w Ridge Racera z numerkiem siedem mają więcej wspólnego z robotami, tymi samymi, które przechodzą „Free Bird” z GH2 na Expercie.)

Zastanawiacie się zapewne, dlaczego poświęciłem tak ogromną ilość tekstu na tytuł, w który już praktycznie nikt nie gra? Właśnie dlatego, że mało kto o tym tytule w tej chwili pamięta. A może zamiast gonić za kolejnymi nowościami, warto zatrzymać się na chwilkę i zerknąć na gry, które na Allegro kosztują teraz mniej niż dodatkowy ciuszek dla Sackboya, za to mogą dostarczyć rozrywki na – nie przesadzam – setki godzin? Ridge Racer 7 był moją pierwszą grą na PS3. Od tej pory przez moją konsole przewinęło się około setki tytułów – część przeszedłem i sprzedałem, część została na półce, części pozbyłem się po kilku godzinach od momentu rozerwania folii. A Ridge Racer 7 nadal tkwi na półeczce i nadal regularnie ląduje w czytniku mojej konsoli. Od czasu, gdy kupiłem PSP z RR2 zdarza się to co prawda rzadziej, ale gdy kilka dni temu usiadłem wieczorem na kanapie z postanowieniem, że „teraz pan ma relaks” -wybór był prosty. Wrzuciłem do czytnika Ridge Racera, przyciemniłem światło, dźwięk podkręciłem do poziomu jaki mi towarzyszy podczas gry w Rock Banda na perkusji i… odpadłem na dłuższy czas. Odmóżdżenie? Być może. Za to jakie przyjemne i kolorowe.

A w następnym odcinku dowiecie się, dlaczego kot grający w golfa jest co najwyżej tak samo absurdalny jak Murzyn zdobywający mistrzostwo świata w tej dyscyplinie sportu. I dlaczego to w kota, a nie Murzyna warto zainwestować.

Reklamy

13 Responses to “Ridge Racer 7, czyli najlepsza gra muzyczna z samochodem w roli głównej.”


  1. 1 philipo
    20 lutego 2010 o 18:12

    Bardzo fajny artykuł. świetnie napisany, czytało mi się bardzo przyjemnie.

  2. 2 Mariusz
    20 lutego 2010 o 18:33

    Najlepiej wspominam piątą cześć, którą zakupiłem (w zasadzie to dostałem 😉 razem z PS2 w okolicach premiery, lepszego tytułu startowego nie mogłem sobie wtedy wyobrazić. Zagrywałem się w to również za czasów PSX, a teraz… magia tego tytułu jakby gdzieś uleciała. Próbowałem dema na PS3 i szczerze mówiąc zawiodłem się. Zawiodłem się, ale po przeczytaniu tego tekstu chyba jednak dam tej grze szansę (bo faktycznie, sprawdziłem i na allegro można za 3 dyszki znaleźć).

    Myślę, że podobnie można spojrzeć na WipEouta (pomimo tego, że jest nieco bardziej skomplikowany od produkcji Namco). Ta gra bez muzyki również nie istnieje 🙂

    Tak nawiasem mówiąc – przyszłość tego bloga mieni mi się w kolorach tęczy, poważnie.

    • 3 igor
      20 lutego 2010 o 19:48

      O tak, wipeouty mają wyglądać i brzmieć – i udaje im się to wspaniale 😀

      Uwielbiam też Ridge Racera – dzięki za ten tekst, bo zapomniałem o tym, że mam kupić tą grę 🙂 Zakochałem się w serii na PSP – ta prędkość podczas nitro i te kawałki… geniusz.

  3. 4 SimonX
    20 lutego 2010 o 20:01

    Sialala, jak widziałem ostatnio na PSNie że grasz w RR7 zapragnąłem tą grę odkupić. Miałem i sprzedałem, a teraz żałuję – bo ostatnio odpaliłem demko na nowym, większym TV full hd – i to była miazga 🙂 Po tym Twoim tekście mam jeszcze większą ochotę pomyszkować na allegro 🙂

  4. 5 sialala
    20 lutego 2010 o 21:03

    nawet sa juz jakies komentarze! nawet nie wiecie, jak mi milo.
    celem moich wrzutek na niezgranych bedzie przede wszystkim odswiezanie rzeczy, ktore kiedys tam wyszly i nikt ich nie zauwazyl albo nikt o nich juz nie pamieta. spodziewajcie sie zatem powrotu do przeszlosci od czasu do czasu, choc pewnie co nieco o mocno nahajpowanych pozycjach tez wspomne.
    nie ukrywam, ze bardzo mi zalezy na krytyce – dobra krytyka nie jest zla, a przy okazji nic tak nie napedza do wytezonej pracy jak zgraja zgredow wytykajacych bledy. zatem – zamiast poklepywac mnie po pleckach, prosze jechac po mnie ile sie da, bo wtedy obudzicie we mnie zwierze, ktore bedzie chcialo pokazac wszystkim, co potrafi.
    no i witam wszystkich 😉

  5. 6 Razer
    20 lutego 2010 o 21:52

    Szybkie pytanie – jak się ma RR7 do RR6 na x360? Nie mam PS3, na PS2 wolałbym już nie grać, więc zostaje mi tylko xbox. Warto?

    • 7 SimonX
      21 lutego 2010 o 09:51

      z tego co widziałem po demie na x’a to bardzo podobne gry
      zdaje sie ze zamiast zrobic port 6tki wersji na ps3 dali kolejny numerek
      warto 🙂

      • 8 sialala
        21 lutego 2010 o 11:32

        w RR6 nie gralem, ale z tego co wiem to w RR6 nie ma „slipstreamingu”, czyli tego kopniaka, ktory dostaje nasze autko podczas jazdy za kims innym. ale to co najwazniejsze – czyli szybko zmieniajacy sie krajobraz i muzyka – sa bardzo podobne 😉

  6. 21 lutego 2010 o 08:42

    Świetny kawałek tekstu! Brawo 🙂

  7. 10 nemesisxian
    21 lutego 2010 o 12:08

    WOW! Naprawde niesamowity tekst. Fajnym stylem napisany no i temat nietuzinkowy, ciekawy.

    Zaczynam coraz częściej tu zaglądać, niestety poly bez Was to już nei to samo…

  8. 11 skylight
    22 lutego 2010 o 08:39

    Całkiem ciekawy wpis. Jeśli teksty mają być w jakikolwiek sposób cykliczne, proponuję założyć przyklejony wątek na forum i umieszczać w pierwszym poście linki do kolejnych części.

  9. 12 sialala
    22 lutego 2010 o 10:28

    jesli uda mi sie utrzymac cyklicznosc, to pewnie wymyslimy jakas kategorie dla tych moich reanimacji trupow, zeby mozna je bylo odnalezc szybko i latwo.

  10. 13 RageHero
    10 lipca 2010 o 17:53

    jestem najlepszy w RR7 w Polsce! Gram od czasu premiery. Nie spotkalem zadnego polaka który dalby mi rade ( Players Machine) I tak sobie bede szlifowal latami….Wczesniej jakies 9999 wyscigów online w RR 6 na X,360 natłukłem. Dla Ridge Racer jestem w stanie zginąc lub zabic ( przesadzam)
    Przechwałki?
    PS3 ID- WeedSmoker765


Comments are currently closed.

Twitter

  • Jaka jest szansa, że na locie do Tokio koło Ciebie siądzie Anita Włodarczyk? Jak widać, jest. 😱🇯🇵 15 hours ago
  • Wiem, że jestem late to the party, ale Nocny Kochanek... 🙈❤️❤️❤️🤷‍♂️ 16 hours ago
  • RT @ZachHonig: Austrian and Turkish have onboard chefs, and this is how they cook/plate so consistently - DO&CO's in-house video production… 5 days ago
  • 13 grudnia 2011, wypuszczamy preskę o nowym layoucie Niezgranych, z inwestorem. #dobreczasy https://t.co/BMNO5lnTBf 1 week ago
  • Nowa appka Hulu - wow jaka ładna. 1 week ago

%d blogerów lubi to: